Sztuka na wyciągnięcie ręki

Monitor Artystyczny
IDZIE WOJNA

IDZIE WOJNA

czyli trening pamięci w największym pseudo-demokratycznym państwie świata

 

PIX

Jakiś czas temu, za niewielką cenę wyjścia z domu stałem się posiadaczem, ba! właścicielem najnowszej publikacji poznańskiego kolektywu fotografów PIX.House, tym razem indywidualnego autorstwa klasyka krajowego fotoreportażu, Mariusza Foreckiego (rym niechciany). Książka nosi nieco zagadkowy, chyba lekko prowokacyjno -„filmowy”  tytuł: „Człowiek w ciemnych okularach”. Ta limitowana edycja zaledwie 350 egzemplarzy należy do skromnej jeszcze, ale systematycznie poszerzającej się oferty tego (na razie) dobrze zapowiadającego się wydawnictwa. Z całą pewnością, jak dotąd, jest też najjaśniejszą „perłą” w kolekcji Pix’a. (…) Logiczna, płynna narracja, wyraźnie zarysowana koncepcja, czytelny, spójny przekaz, to jedynie widome walory tej minimalistycznie zaprojektowanego dzieła. Tak, wiem, że brzmi to, jak płatna reklama prasowa, ale właśnie takie jest moje pierwsze wrażenie i tak ma ono brzmieć, tego się trzymam. Idźmy dalej. Jak wiadomo, podczas pracy nad każdym tak zaawansowanym chronologicznie projektem liczy się jakaś określona nadrzędność, wiodący temat wyodrębniony ze złożonej rzeczywistości, jasny kontekst, cel. Chodzi po prostu o energię przemienioną w konkretny pomysł, polegający na tym, co chce się powiedzieć a nie jak należy to pokazać. Ten aspekt nie jest nieważny – opakowanie jest istotne – ale tylko wtedy, gdy okrywa wartościową zawartość. To oznacza, że szybko i łatwo mogę w tym przypadku pominąć aspekt tzw. opracowania graficznego „utworu”; ograniczę się zaledwie do stwierdzenia, że dla mnie wszystko pozostaje pod tym względem oceny bez uwag, dopóki okładka nie rozpada się po otwarciu książki, lub gdy ta nie jest spakowana do jutowego worka… „oprawa” prezentuje się tu niezła, jest „zdecydowana” choć skromna, zdecydowanie przyciąga uwagę śmiałą jednolitością jaskrawej czerwieni, która zawsze coś znaczy; może i nie pokrywa jej powabna obwoluta, za to „spady” są własnoręcznie barwione (na czerwono-informacja dla daltonistów), co osobiście uważam za rokujące szaleństwo warte odnotowania…

Nie jestem pewien, czy tzw. „pierwsza fota”, to faktycznie ta „otwierająca” a ostatnia to nieomylnie ta „zamykająca” (cóż za oryginalna terminologia fachowo-gwarowa!), czy tyle zdjęć samochodów, archiwalnych reprintów, ulicznych reklam, jest ważne i więcej wnosi, wiem natomiast, że większość tych, które znajduję pomiędzy nimi „przemawia” do mnie, oscyluje w tonacji postrzegania, interpretowania świata, którą intuicyjnie wyczuwam, z łatwością wychwytuję tę mikro-fałdę na wierzchołku fali wyemitowanego przekazu, tę subtelną nutę rozpoznawalnej, autorskiej ironii. Chętnie też przyswajam poznawczo tak rzetelnie wykonaną dokumentację prostych faktów, która celnie i przekonująco przybliża mi obrany przez autora punkt widzenia bez przeredagowania estetycznego; dla jasności: nie chodzi o atrybuty formalne fotograficznego rzemiosła, lecz o zastosowaną narrację, jej tempo, selekcję podawanej informacji (znowu zmęczyłem się pochwalstwem bezwstydnym, wchodzącym i wychodzącym z…do…, ale z tym powoli koniec!).

Życie w cieniu post mocarstwowego militaryzmu to mimo wszystko ciągle zwykłe, ludzkie życie, które trzeba jakoś „rozchodzić’, zaakceptować, transfudować do krwiobiegu, zaczerpnąć z niego do samego dna i końca, choćby to oznaczało doroczne imperatorsko dyscyplinujące parady wypolerowanych i naoliwionych armat, imponujących maszyn uzbrojonych w ciągle lepszą wersję amunicji i jeszcze nowszą generację sprężystych błękitnookich blondynów zawsze gotowych na „rozkaz najwyższego wodza”. Kiedy ten „nadczłowiek, ojciec, matka i tęcza największego słowiańskiego narodu” natchnie odkarmione armie i dusze, powiedzie znów w ramiona niepoznawalnego losu, wtedy w ojczyźnie ustaną „normatywa”, prawa obywatelskie, autorskie, wypłaty emerytur i motywacje. Rosjanie poznali ten socjalny dylemat w dobie postsowieckiej już dwukrotnie: w 1998 i post kryzysowym 2009 roku, choć bez wojskowego puczu w obu razach za to za sprawą giełdowych i bankowych krachów. Chłodny dreszcz przemknął wtedy po plecach wzniosłego narodu, wstrząsnął nim, popieścił. Wszędzie na świecie nędza polega przecież na tym samym, na jej powolnie wyniszczającym odczuwaniu, na byciu jej ofiarą. Dlatego trzeba nauczyć się odwracać od niej uwagę, umiejętnie ją rozpraszać, przenosić na inne węzłowe tematy-teoretycznie można przetrwać każdy realny czy urojony kryzys, zwyciężyć, pokonać napięty strach, niedostatek demokracji, wiktuałów i elementarnej godności, gdy się je na czas oswoi, to zaś z jego powolnym upływem staje się jedynie kwestią socjotechniki, nabycia nowych przyzwyczajeń, po prostu koniecznością w życiowej walce o przetrwanie; od początku wiadomo, że problemy są przejściowe, że naród dzielnie przetrwa je wszystkie. W tym kraju historia nie raz już pokazała, że nagła potrzeba „granicznych poświęceń” może ujawnić się w każdej chwili i co jakiś czas tak właśnie się dzieje. Nie bez przyczyny więc nie tylko w porównaniu z innymi państwami a nawet kontynentami, Rosja wydaje się ogromna, bezkresna, jednak jej prawdziwą wielkość nie stanowi przecież terytorium, naturalne zasoby czy surowce, lecz przede wszystkim niezłomni ludzie.

We współczesnym świecie skurczonym do powierzchni informatycznej główki od szpilki, w okolicznościach, gdy niebezpieczeństwo znowu staje się permanentne, choć już nie tylko nuklearne, w końcu zawsze wytwarza się na nie odporność, którą można systematycznie hartować, stymulować pozorami normalności lub przeciwnie-wzmacniać podnosząc alarm stanu zagrożenia, rozciągać do granic wytrzymałości psychicznej i bytowej.

Naturalna potrzeba oddalania od siebie trudności, skomplikowane preparowanie niepamięci, stworzyły już dawno temu całe resorty, tajne departamenty, armie rządowych administratorów nieustannie i bez znieczulenia majstrujących w ludzkich duszach, flakach i umysłach. Tutaj nie ma wakatów, obsady są dożywotnie, praca wrze, pali się w rękach, bo na żywą, dynamicznie przekształcającą się jak chmury rzeczywistość odpowiedź musi być bieżąca, nieomylna a gdy trzeba gromowładna (konotacje meteorologiczne nie zamierzone!). Konieczność utrzymywania kontroli i manipulacja to priorytet każdej władzy, dla wielu jedyny-dalsze o tym dywagacje wydają mi się zupełnie zbędne i jałowe, ponieważ każdy posiada indywidualne kryterium pojmowania tych zagadnień rozważając model rosyjski. Jedno pozostaje niezmiennie pewne i obecne: nędza (wielopolowa, materialna, światopoglądowa, ciasnota umysłu, etc.) i potrzeba jej przezwyciężania często sprawiają, że moralność wypada z kalejdoskopu priorytetów. Od zawsze brak krytycznej oceny realiów i własnej przeszłości wypaczał i stępiał mentalność, deformował percepcję teraźniejszości. Mimo to życie toczy się nadal, zwyczajne, pozornie bez zmian. Dlatego właśnie potrzebujemy własnych tradycji, umownej stałości, by móc żyć po swojemu, być sobą-wszyscy mamy pod tym względem te same potrzeby, wszyscy musimy się odróżniać, zdefiniować i opisać własną tożsamość, odmienność. Jednak kreowanie potrzeb społecznych bez poddania ich uprzednio wnikliwej analizie i publicznej konsultacji jedynie po to aby podkreślić własną inność lub tylko dziwność  to klasyczny wzór opisujący zamęt i destrukcję-rzeczywistość alternatywna nigdy nie zastąpi na stałe życiowych konieczności-najnowsza armata nikogo nie nakarmi i wcale nie musi go ochronić, można nią za to niejednego nastraszyć. Są to mechanizmy znane, dawno wdrożone i ciągle udoskonalane. Wszystko to sprawia głęboko zakorzeniona w nas pasja do czynów wyraźnych, skrajnych, która nie ogranicza się do tworzenia dzieł architektury nagrobnej w formie kamiennych piramid, dzieł Leonarda czy Wielkiej Toccaty Bacha, lecz sięga dalej, już nie w materię, lecz w mroczną naturę duszy, psychologię władzy i zbrodni a potem ją przekracza.

Wojna dokonana lub zamierzona usprawiedliwia i utajnia wszystko, czego nie pokona sumienie. W „normalnym kraju” utrata świadczeń i podstawowych przywilejów nigdy nie pozostanie „niezauważona”, jednak tutaj jest inaczej, tutaj pozbawienie praw publicznych można świętować zakazując demokratycznych zgromadzeń w ramach walki z globalnym terroryzmem albo kapitalistyczną zarazą, zamieniając tę łatwo utraconą wolność w deprymujące jarmarczne parady w stylu zimnowojennym, oferując w rewanżu za dożywotnią utratę konstytucyjnych przywilejów jednodniowe igrzyska; dostrzegam tu niesmaczny paradoks polegający na „obnażaniu” arsenału bojowego przez własnym narodem w dwojakim zamiarze: po pierwsze, aby zapewnić go o rosnącej narodowej potędze militarnej a po drugie, by tym samym obywatelom ukazać, co im grozi, czym groźba ta zostanie spełniona kiedy niemądrze zechce znarowić się władzy, okazać wolna wolę, sprzeciwić się tym, których sami wynieśli na urzędy. Pomyślmy przez chwilę, zapytajmy w jakim punkcie rozwojowym, ewolucyjnym „putinowskiej autorytatury” znajduje się obecnie Rosja, skoro mimo upływu lat, ciężaru jarzma historycznych doświadczeń, skoro każdego 8-go maja jak w zegarku, jak ze sztabowego konspektu tysiące młodych i starych moskwiczan w nastroju świątecznej euforii utożsamia swoje sumienie z widokiem wyglancowanych czołgów na głównych ulicach własnej stolicy, kiedy w słoneczny, wiosenny dzień widok żołnierzy na centralnym placu miasta napawa go dumą i wzmacnia w nim poczucie własnej wyjątkowości, wielkości, nietykalności, trywializując prawdziwy sens symboli tej przechodniej pamięci sprowadzając go nieomal do zbiorowej ekstazy. Jednocześnie ta sama sytuacja dowodzi odczuwania stanu sprzecznego, stanu permanentnego strachu, zagrożenia nasycanego zewnętrzną zaciekłą wrogością i obcą pogardą-te dwie ostatnie zawsze się znajdzie i uzasadni, ponieważ każde mocarstwo musi mieć gotowego „podręcznego”, jawnego lub podszytego wroga, musi bo nie może składać się tylko z nieomylnej wielkości. Pytanie następne brzmi: jak długo priorytet sąsiedzkiej współ-egzystencji wyrażany z poziomu brutalnej siły i dominacji sprzętowej będzie w Rosji kultywowany, jak długo pamięć wojennej traumy przekazywana niczym olimpijski płomień pokoleniom prawnucząt będzie kłaść się nieprzeniknionym, głębokim cieniem na perspektywach przyszłości? Jest coś niezdrowego w naturze, jakiejś ważnej decyzyjnie tkance narodu, który wciąż zapamiętale odtwarza swoją najtrudniejszą historię współczesną jedynie po to, by pisać ją dowolnie na nowo. Mówię o Rosji gorzko, chociaż nigdy tam nie byłem. Nie chcę jednak demonizować całego narodu jedynie na podstawie medialnych doniesień, cząstkowych przemyśleń, bez indywidualnych doświadczeń i obserwacji poczynionych na miejscu – idzie mi raczej o ukazanie pewnych upowszechnionych stereotypów, sposobów postrzegania tego specyficznego społeczeństwa, jego skomplikowanych relacji wewnętrznych i międzynarodowych, mechanizmów myślowych splotów i socjologicznych, społecznych procesów starszych nawet od islandzkich głazów czy kadencji Putina. Jedno jest pewne: możemy zapominać i czcić lub potępiać własną historię, kochać ją albo nienawidzić, ale ona bez względu na to niewzruszenie trwa i ciągle się powtarza, jak pogoda, jak pory roku. Nasza rola w jej odwiecznym spektaklu jest najczęściej tylko krótkim, na ogół niemym epizodem, tym bardziej marginalnym, im mniej w nim pierwiastka świadomej indywidualności.

Fotografia, podobnie, jak książka, nie jest jedynie obiektem materialnym: to przede wszystkim źródło użytecznej informacji. Dlatego dostrzegam duże niebezpieczeństwo w podawaniu jej w pigułce, bez naświetlania szerszego tła, z pominięciem samodzielnego przetwarzania pojmowanego kontekstu, ponieważ każdy kontekst wynika zawsze z wyjątkowości czasu w jakim nabiera swych niepowtarzalnych znaczeń. W tej konkretnej sytuacji, poniechanie odautorskiego komentarza, w ogóle jakiegokolwiek (tylko nie „jakiegokolwiek” właśnie!) bezpośredniego lub przeciwnie, szczegółowo osobistego opisu odniesionego do zawartości zdjęciowej uważam tu za poważne niebezpieczeństwo i ryzyko polegające na całkowitej dowolności jej interpretowania, co właśnie bezkarnie czynię w tej chwili. Ta istotna decyzja oraz wymienione poniżej argumenty należy zapewne uznać za uwagi jednoznacznie krytyczne, zalecam jednak daleko idącą subiektywność osądu tych kwestii i zastrzegam, że nie uzasadniają one przypuszczenia, jakoby twierdzenia te mogły być słuszne.

Odnoszę wrażenie, że decyzja o publikacji okazała się mimo wszystko nieco przedwczesna i podyktowana była głównie proceduralną koniecznością, jakby fotograf chciałby jeszcze coś dodać, uzupełnić, ale musiał terminowo zakończyć pracę. To wniosek niepewny, ponad wszelka wątpliwość natomiast ustaliłem z Autorem, że jedną z prawdziwych przyczyn wydania jej teraz była najuczciwsza, przedwieczna próżność. Według mnie jednak jest to raczej zdrowa ambicja, podpartą sprawnym przemyśleniem. (…) Nie da się nie spostrzec, że wrażenie pewnego rodzaju niepełności odczuwane w toku „lektury” (…której w istocie dotkliwie brak…) nie może być w pełni zaspokojone. Sugestywne, jednoznaczne ukazanie bohatera w tytule, usytuowanie go w epicentrum znaczeń i symboli, pozostaje w sprzeczności z faktem braku choćby pojedynczego kadru, najprostszego zdjęcia Putina-nawet jego namolnie propagandowy wizerunek dżudoki na pamiątkowej koszulce groteskowo nokautującego Obamę tego nie zastąpi, choć jest sugestywny i nawet na swój sposób dowcipny (swoją drogą ów drobno ciułaczy turystyczny biznesik przypomina mi niejasno przymusowe obdarowywanie przez urzędnika hitlerowskiego stanu cywilnego każdej młodej pary standardowym egzemplarzem „Mein Kampf”, profilaktycznie-żeby się podświadomie zakorzeniał, z tą drobną różnica że tu niczego się nie czyta tylko ogląda, jak komiks-skądinąd przyniosło to Hitlerowi skrzętnie utajone, pokaźne tantiemy, czy tutaj przynosi nie wiadomo). Wróćmy jednak do rzeczywistości. Ten „odczuwalny brak” to spora niekonsekwencja, mimo że dobrze wiem, jak trudno jest zsynchronizować kalendarz pracy nad tak wymagającym projektem, by uwzględniał możliwość sfotografowania tej konkretnej osobistości, kłopot w tym, że tutaj taką potrzebę narzuca koncepcja, wybór tematu a nawet sam tytuł, ba! okładka. Jednak z uwagi na logistyczne skomplikowanie oraz oczywiste i ukryte trudności w wykonaniu tych konkretnych zdjęć (raz nawet poznałem przykro problem z własnego doświadczenia…), fakt ten w mojej ocenie nie umniejsza istotnie wartości tej książki, choć na pewno nie jest jej atutem. Znam jednak prosty sposób, by temu zaradzić: wystarczy zmienić tytuł… to oczywiście życzliwy żart!  Niestety, spontaniczna konstatacja, jaką wynoszę z tej krótkiej, wartko zobrazowanej fotograficznej lekcji historii współczesnej Rosji, wcale nie napawa mnie optymizmem-przeciwnie: bezdechem na jawie. Ukazana w niej rzeczywistość jawi się wprawdzie sielankowo, niemal przaśnie – atmosfera pikniku nie identyfikuje jednak istoty rzeczy, prawdziwej natury życia, jego mrocznego ducha. Głębsza analiza udokumentowanych sytuacji ukazuje obraz niepokojący, nieomal demoniczny. To takie proste: podzielić ludzi na swoich i wrogów, innowierców, niewiernych, barbarzyńców o odmiennie cuchnącym pocie, napiętnować ze względu na tzw. rasę, kolor skóry, krętość włosia, zapatrywania polityczne i wyznanie, narzucić dogmat, zbroić się i grozić, ciągle się przed czymś i przed kimś bronić. O ironio i jej siostro zgrozo!- ta niewybredna strategia wywoływania epidemii panicznego zagrożenia sprawdza się nadal, działa wszędzie, wydaje się organiczna, właściwa wszystkim ludziom. Oglądając zdjęcia Mariusza nie mogę mimowolnie pominąć, celowo odrzucić codziennych komunikatów prasowych, bieżąco napływających informacji, które bombardują i ciągle przekształcają mój pogląd na temat tego barwnego, byłego bratniego narodu, jednak jego obraz przedstawiony w książce splata się wiarygodnie z moim wyobrażeniem o tym, co tam widzę, bogato i ciekawie je dopełnia.

Niektórych powiązanych ze sobą spraw, czy wątków nie da się pokazać, uchwycić i w uporządkowaniu ze sobą spójnie połączyć, lecz nie zawsze oznacza to brak punktu odniesienia, podparcia-wielość składników może być korzystna, tak jak nieokrzesanie bywa wymowne. Pełne ukazanie tak złożonego problematu, jaki tu podniesiono wymagałoby wykonania i wyedytowania także wielu innych zdjęć-jeden z takich „nieobecnych pasujących kadrów” mam nawet w pamięci-pojawił się we wcześniejszych prezentacjach internetowych – szkoda, że nie został uwzględniony. To oczywiste, że konwencja oparta na fotografowaniu cyklicznego wydarzenia stwarza spore ograniczenia wynikające np. z powtarzalnością sytuacji, która wymaga zawsze na nowo otwartego podejścia i świeżego spojrzenia, uporczywego podtrzymania ciekawości, zawodowej cierpliwości i szczęścia. Te składniki nie zawsze łatwo połączyć, mimo to Foreckiemu „znowu się udało”, jednak nie ustaliłem dotąd w pełni, jak to się odbywa, jak to robi. Niestety jest kilka momentów mniej jasnych, naddanych, bez istotnego związku z treścią, mówiąc wprost nie przekonujących, jak np. zdjęcie motocyklistów w kaskach z wizerunkiem bodaj samego predatora – część pierwsza, rozpoznaję po niepowtarzalnym wzorze uzębienia… są to jednak niezwykle rzadkie przypadki, które nie rozpraszają pobudzonego zainteresowania całością.

Kiedy to piszę-zbyt długo i niezbyt chętnie chwilami-bardzo wiele dzieje się na świecie, nie mało w Europie. Pojawia się mimowolnie wiele przemyśleń pozornie niepowiązanych z tą recenzją. Gdy spoglądam na zawiłą mapę tego „strategicznego” kontynentu zauważam drażniącą prawidłowość, styczność. Chodzi mianowicie o to, ze gdy przyłożymy siatkę najświeższych zapalnych punktów na wykres granic państwowych, zauważymy, ze niemal wszystkie kraje znajdujące się orbicie Unii Europejskiej, łączy nie tylko wspólnota ekonomiczna, polityczna, czy wartości, ale także fakt, że we wszystkich tych antycznych narodach narasta wielki gorejący konflikt, którego źródła i sygnały ostrzegawcze obserwujemy od kilku dobrych lat zupełnie gdzie indziej. To ruchome prawo do importowania Europejczykom cudzych, odmiennych ideologii w ramach mylnie pojmowanego różnicowania kulturowego jest zbrodniczym zafałszowaniem tych idei. Muzułmańskie piętno tzw. radykalizmu (termin stanowczo nadużywany, spłaszczony, zwalcowany) upostaciowione nowotworem sprymitywizowanego dżihadu jest wszak w istocie najsoczystszą promocją zorganizowanej działalności przestępczej zwanej dla lepszego efektu quasi-państwem islamskim, wyśnionym popołudniową drzemką w pustynnym skwarze imperium panislamskim, wszech kalifatem obejmującym wielkie połacie północnej Afryki, Irak, Iran, Syrię, Turcję, sięgającym wgłąb Europy Zachodniej o Półwyspie Arabskim nie wspomnę. To piętno, ta jątrząca blizna odciska się na wydelikaconej różowej skórze europejskich potęg, szpeci znamieniem starych ran zadanych w pradziejach obu konfrontujących się cywilizacji. Dlatego w końcu doszło do tego, co stało we Francji i Niemczech, do tego co znowu się powtórzy. Dotarliśmy już do punktu, w którym niema wściekłość i oburzenie nie wystarczają, gdy potrzebne są skoordynowane działania zjednoczonych służb, i nie chodzi mi tylko o operacyjno-śledczą ochronę obywateli czy obiektów cywilnych i rządowych, ale o zabezpieczenie europejskich granic oraz wyznawanych tu zasad.

W naszych zwaśnionych, dziwnych światach nowego niepokoju trwa właśnie rewolucja krwawo wartościująca ich rzekomo fundamentalne pryncypia a to zaledwie pobocza istoty rzeczy ludzkich różnic i podziałów. Wszyscy zgadzają się co do potrzeb posiadania, zamożności i to jest aspekt utylitarny, czysto ekonomiczny, rozumny a przynajmniej zrozumiały. Jednakże wszędzie tam, gdzie pojawiają się nadrzędne systemy moralne, prawne kodyfikacje oparte o religijne aksjomaty, tzw. konserwatywną tradycję i motywacje patriotyczno-narodowe, tam pojawiają kłopoty, wplatają zagrożenia. To jasne, że wcześniej, czy później wystąpiłyby i bez tego, ale te krytyczne czynniki stanowi potwierdzoną gwarancję ich zaistnienia. Hartowanie woli trwa długo, lecz powtarzane systematycznie zapewnia zamierzone efekty-ludzi można przekonać do wszystkiego, potrzeba tylko odpowiednio spulchnić podglebie ich słabości i ukrytych obaw. Strach przed światowym terroryzmem nie wymagającym już rozbijania pasażerskiego samolotu o drapacz chmur symbolizujący finansową potęgę wroga, lecz pomnożony niezsynchronizowanym atakiem pojedynczych szaleńców, którego nie sposób logistycznie uprzedzić i zabezpieczyć, horrorem z najgorszych sennych koszmarów, jest mocnym argumentem sprzyjającym sytuacji pozorującej „uzasadnioną konieczność” przeniesienia priorytetów, strategicznych celów państwa ze szkolnictwa, ochrony zdrowia i środowiska na zbrojenia i cyber-dywersję.

Nie mam żadnych złudzeń i wątpliwości, że żyjemy w nowej erze europejskiego, globalnego terroryzmu i trudnej, pozornie beznadziejnej walki z nim, różnica obecnie polega na tym, że jego źródło nie jest rodzime, europejskie, lecz zostało tu zawleczone, „naniesione” z falą powodzi cywilizacyjnych przełomów. Na ich tle rozrywa się równolegle wiele zadawnionych, peryferyjnych konfliktów (Ukraina traktuję, jako osobisty, lokalny wyjątek), które wplatają się w gęstą tkaninę historii lokalnych wojen. Oto oblicze współczesnego terroru: spodziewane, niewidzialne i wszechobecne zarazem.

Obok kataklizmów naturalnych, dwunogie ludzkie zło jest wciąż najpotężniejszą siłą, katalizatorem wszelkiego zniszczenia na tej grawitacją utoczonej z pylistego gruzu planetarnej grudzie-takiemu wyzwaniu trzeba przeciwdziałać, zapobiegać mu, sprostać równocześnie jako jego sprawca i swój własny wybawiciel, niestety nie potrafimy tego jeszcze i możemy nigdy nie zdążyć się tego nauczyć. To dlatego, że choć jesteśmy starsi i mądrzejsi o całokształt przeszłości, wiemy lepiej kiedy i jakich nie popełniać błędów, mimo to wciąż je powtarzamy i nadal będziemy. Oto czemu historia nie zna i nie okazuje litości bytom słabym, nie sprzyja narodom wewnętrznie niespójnym-ich rozpad, rozbiór jest tylko kwestia czasu, my Polacy świeżo to pamiętamy. Niektóre z tych przeistoczeń bywają gwałtowne, nagłe. Inne dokonują się niezauważalnie, tląc się wiekami, nie istnieje jednak miejsce które by było wolne od bezwładu przekształceń, dotyczy to procesów geologicznych i granic państwowych. Putin dobrze pojmuje reguły tej „gry”, nie jest wszak „tłustym, nieokrzesanym oberżystą cuchnącym wódką”, lecz wytrawnym politycznym cynikiem-szachistą, światowcem z platynowym zegarkiem, wciąż potężniejącym graczem pewnym swych atutów o nieprzeniknionym spojrzeniu i umyśle, nieodgadnionych zamiarach, nieprzewidywalnym. Czynnik kontrolowanego zaplanowanego chaosu dobrze mu służy i choć czas go postarza, jego liczne zwycięskie polityczne rozgrywki, realne i wydumane sukcesy oraz ambitne strategiczne cele skutecznie unieśmiertelniają jego imię w pamięci 200 milionowego narodu. Autorytaryzm z twarzą surowego acz sprawiedliwego opiekuna, wielkiego cara-ojczulka patrioty dobrze się przyjmuje, raz już się urzeczywistnił, może się więc powtórzyć.

Świat ciągle się zmienia a tempo tych przemian przyspiesza. Większość z nas jednak nie ogarnia tego pędu, skali napastliwej przemiany, niekontrolowanie (?) rosnącej liczby składników. To po prostu nie możliwe. Jednak równolegle, w tym samym czasie i świecie żyją ludzie, którzy te warunki złożoności stwarzają, realnie kreują naszą pospolitą, miałką egzystencję populacyjnego prochu, bywa że armatniego. To poszczególne jednostki o sile huraganu, przekształcające nie tylko granice państw, ale nade wszystko ludzkie losy. Najbardziej obłąkańcze i najwznioślejsze myśli tych gigantów a czasami pospolitych przestępców z osobowością dwu biegunowo pograniczną, wpływają brzemiennie na wszelkie ziemskie życie zupełnie bez poszanowania jego woli, mimo, że przecież ta sterowalna rzeczywistość najściślej go dotyczy. W tych warunkach na powierzchni utrzymuje nas pozór wolności, autonomii, lecz to jedynie stygnący skrzep. W istocie szamoczemy się bezwiednie, jak manekiny do testów wypadkowych, poddawani niekończącym się wyniszczającym eksperymentom, które nazywamy życiowym doświadczeniem; kiedy oglądam najświeższe serwisy z frontów Donbasu (rozległy wątek krymski i front ukraiński celowo pomijam, gdyż wymaga szerszej, odrębnej uwagi)…Syrii czy Iraku, uświadamiam sobie zawsze poza konkretem zapoznanej informacji, dojmujący brak jakiegokolwiek wpływu na ich przebieg, bezwład mych czynów i osądów, ubezwłasnowolnienie na dystans, zupełną znikomość mej roli w otchłaniach turbulentnych dziejów. Fotografia koi nieznacznie to przykre swędzące wrażenie, na krótki czas drżenia oka, chrzęstu migawki, chwilowo je zawiesza.

Wszelkie systemy polityczne, ekonomiczne, cywilizacyjne modele społeczeństw w końcu zawodzą – ewolucyjne spektrum prób i błędów jest zawsze wąskie – kryzys pogłębia się, mimo szybujących wykresów, skoków w jakości i długości życia wciąż rzesze,  całe niemal populacje, znają nazbyt dobrze codzienne doświadczenie głodu, gwałtu, niewoli, nieodwracalnego braku jakichkolwiek perspektyw i radykalnej degradacji godności jednostki, bo wojny toczą się gdzieś ciągle i naprzemiennie, jak tektonika płyt skorupy ziemskiej.

I to właśnie godność, powaga lub brak znaczeń, stanowią czynniki popychające nas do czynów ostatecznych, krańcowych, do osiągania permanentnego stanu gotowości na nie. To one też, owe postanowienia nieodwołalne, życiowe dewizy, honorowe kodeksy i malformacje prawdy, wiodą do wielkoskalowych kryzysów o interkontynentalnym zasięgu, stwarzają nie zacieralne podziały: ekonomiczne, religijne, kulturowe, które uwierzytelniają się najmocniej w postawach skrajnych, narastająco radykalnych, w otwartym buncie, nihilistycznym zatraceniu. Nie trzeba dodawać do czego to prowadzi, wystarczy włączyć CNN.

Każdy człowiek ma własne koszmary, które czasem wyrywają go z nocnego snu. Jakie budzą ze snu Władimira Putina? Można się tylko domyślać, na pewno lepiej tego nie wiedzieć. Podobnie każdy naród ma jakąś trudną przeszłość, jednak wykorzystywanie jej przeciw niemu jest bezdusznym populizmem i przypomina mi powoływanie się na retorykę prowojenną zadeklarowaną otwarcie na lipcowej konwencji republikanów przez Donalda Trump’a. Nigdy wcześniej w Stanach, w żadnej kampanii prezydenckiej żaden kandydat nie ośmielił się używać zapowiedzi wojny, jako argumentu wyborczego. Trump zrobił to, bo doskonale wiedział, że dobre kłamstwa są jak cukierki-niezdrowe ale słodkie, jak magiczne zaklęcia i gusła-dobrze pojął, że dla każdego wytrawnego kłamcy potencjalna nagroda zawsze przewyższa ryzyko wykrycia zablefowanej nieprawdy, zwłaszcza gdy nie natrafia ona na napiętnowanie tłumu, dlatego upowszechniana przez niego wizja chaosu, zniszczenia, degradacji i kryzysu człowieczeństwa, rozsiewa się niczym epidemia i choć wiemy, że jest nazbyt jednoznaczna, prostacka, żeby mogła być prawdziwa, nadal jest poza nim wielu zainteresowanych wykorzystaniem tej naciąganej koniunktury dla własnej politycznej czy biograficznej korzyści.

Co się stanie, gdy człowiek o mentalności szowinistyczno – korporacyjnego playboya, narcystyczny populista, nietolerujący sprzeciwu rozbrajacz NATO, zapiekły krytyk liberalnego establishmentu (z własną flotyllą lotniczą, jak jakieś Led Zeppelin…) arogancki ignorant z rasowym debetem na koncie krajowej polityki etnicznej, klasyczny mappetshowman jeszcze zaledwie rok temu postrzegany, jako  przerysowany wytwór medialnego pijaru, dubletowy bankrut i fiskalny feniks z popiołów w jednym, hochsztapler odżegnywany od czci, wiary i kompetencji przez elity samych republikanów, kiedy ów bladolicy kiczowaty dziwak zdobędzie ten nad-urząd i przejmie współ-władzę nad światem z „człowiekiem w ciemnych okularach”, z prawdziwym hegemonem geopolityki, najzamożniejszym z możnych, samcem alfa, drapieżnikiem dominującym i nokautującym? Jakie koszulki będzie można wtedy kupić w centrum Moskwy? A może będą je rozdawać na ulicy albo zrzucać z samolotów? Jak wtedy nieprzewidywalny stanie się znany nam świat, jak może się zmienić?

Polacy, zamiast projektować i budować drony, wierzą nieodpowiedzialnie w mistyczne militarno-polityczne sojusze, pokojowe konwencje, proklamowane woskową pieczęcią pakty i gwarancje nienaruszalności granic oraz solidarność w niedoli, byle tylko nie zawiązane między sobą, między swymi. Rosjanie natomiast od zawsze mogą liczyć wyłącznie na siebie, tęgi mróz i odświeżający kieliszek wódki z zakąską. Ma to naturalnie olbrzymie implikacje, jakby biegunowe krańce: wielkości lub nieskończonej deprawacji. Polacy świętują porażki, jak zwycięstwa-coś jest chyba jednak nie do końca w porządku z narodem porażonym takim pojmowaniem ludzkich ofiar, może to skutek tych poniesionych ofiar właśnie, niepowetowanych mnogich strat w ludziach? Rosjanie inaczej rozumieją pojęcie sukcesu: miłosierdzie i odstępstwo od założonego celu nie są tu okazywane -„jedynie słuszny” wynik uzyskuje się tu prawie zawsze, choćby za wszelką cenę, nawet w sporcie olimpijskim. Pamięć i tradycja podlegają w tym narodzie wysoce adaptatywnej relatywizacji, chodź niektóre ich „aspekty” łaskawie zachowują jeszcze swoje walory uniwersalne, np. kombatanci, jak prawie wszędzie na świecie tam, gdzie jeszcze żyją kombatanci- nadal cieszą się tutaj powszechna adoracją, rzeczywistym uwielbieniem i otwartym kultem, choć wielu z nich na dużo więcej liczyć nie zdoła, może poza doroczną majową paradą na cześć ich bohaterskiego zwycięstwa nad hitleryzmem, która niezawodnie zapewnia dobre wspomnienia i chwilowo oddala codzienne smutki. Nieuniknienie narzuca się w tym punkcie pytanie mało doniosłe, statystyczne: na czyją część będą się odbywać wszystkie te przyszłe pompatyczne przemarsze, kiedy ci żywi ze zdjęć Foreckiego do ostatniego przeminą i jako duchy powloką swe popowłocza na fotograficzne plakaty? Mnie w zdjęciach chodzi po prostu o wierne przechowanie ludzkiej historii i pamięci o niej, żeby nie zblakła, zbladła, nie za prędko osnuła ją mgła zapominania. I to właśnie widzę u Foreckiego od zawsze, a właściwie prawie zawsze, tę wieczną żywość zakadrowanego momentu, najczęściej potem wyczernionego. Nie chcę mówić tu o detalach stylu, choć pewnie jest „rozpoznawalny i bujny”, jednak widzenie świata to co innego, coś znacznie więcej niż „znaki rozpoznawcze” i perspektywa użytego obiektywu. Wbrew pozorom kojarzonym z banalną mechanicznością czynności wykonywania zdjęć, jej rezultaty często poprzedza analityczne myślenie i świadomy wybór. To pojęcie odnosi się także do aspektu postprodukcji, w szczególności do foto-edycji. Nie wymyślę tu nic ponad to może, że selekcja trwa zawsze do samego końca przygotowań wydawnictwa, u niektórych nawet potem, dlatego często wydaje się, że można by coś jeszcze poprawić, dokręcić, odpuścić czy podkreślić, jednak kiedyś trzeba po prostu zakończyć pracę i podjęty temat ująć w możliwie spójną strawną całość, która przemówi. Ta historia posiada ten walor, każdy jednak musi rozwinąć go samodzielnie. Ja wyróżniam ją na korzyść spośród dość powszechnie powielających się i schematycznych koncepcji wydawanie książek tego szczególnego podgatunku literatury zmysłu wzroku.

Kobiety i mężczyźni ukazani na tych unikatowych zdjęciach jawią mi się jako ludzie przetrwali w najtrudniejszych czasach z najtrudniejszych czasów-wojenni bohaterowie, byłe ofiary nieludzkiej kaźni zadawanej im naraz z oby stron-własnego jak i obcego reżymu-teraz wszechmocni zwycięzcy. Jednak, nie daleko od tego wizerunku, dostrzegam też całkiem inny: widzę ich, jako żywy i wciąż jeszcze obecny, ale prędko ubywający składnik tamtej heroicznej epoki granicznych postaw, jako wrażliwych na fałszywą pamięć współczesnych, ostatnich naocznych świadków dawno minionych najpodlejszych dziejów najtrudniejszej próby humanizmu. Czy ktoś jeszcze zadaje sobie pytanie, dlaczego w czasach ich minionej, żarliwej młodości i wewnętrznego buntu tak wielu z nich zwracało się do siebie per „Towarzyszu!”?- a no nie tylko dlatego, że było to zwyczajowo obowiązujące powitanie czerwonoarmistów, ale przede wszystkim dlatego, ze towarzyszami byli sobie nie tylko przy głośnym zakrapianym ognisku na koszarowej  strzelnicy proletariackiej młodzieżówki, ale i potem w prawdziwym polu bitwy, w krwawym pyle, lodzie pod paznokciami, frontowym skwarze i okopowym błocie, jakiego nie pokazały dotąd żadne kinowe kroniki wojskowe serwowane przez departamenty propagandy. Takich ludzi łączy coś wielkiego, więź dozgonnego wspólnictwa, doświadczenia i przetrwania czegoś ostatecznego, ocalenia z wojennego piekła, pokonania śmierci, braterstwo krwi, więzy najprawdziwszej przyjaźni.

Oczywiście nie ma żadnego sensu komentowanie wszystkich interesujących zdjęć-chodzi mi raczej o pewną osobistą interpretacyjną konkluzję-jednak w tej fazie rozmyślań nad nimi, odtwarzaniu skojarzeń, nie mogę nie wspomnieć, nie odnieść się do tego, które uważam za kluczowe z punktu widzenia hierarchii tematu, całokształtu, jego asemantycznego zarysu. Chodzi o tę z roześmianym niewysokim kombatantem w oficerskiej czapce tańczącym z młodą przystojną brunetką. Urzeka mnie prostota, szczerość, „prawdziwość” i głębia tej sytuacji, ich intymna, pełna ciepłej życzliwości chwila, serdeczna, nieomal rodzinna relacja-to czysty obraz nie wymagający patetycznych zadumań i barwnych nadmienień, zamiast tego wystarcza tu uczciwe czucie, kadr harmonijnie łagodny, wypełniony zwykłym ludzkim szczęściem. W tym uczuciowym, acz nadzwyczajnie delikatnym i lekkim ujęciu dwojga nieznanych sobie osób oddzielonych granicą pokoleń, na zaprawionym łzą przemieszania radości i bólu obliczu starca ukazuje mi się cecha dla rosyjskiej natury znamienna, charakterystyczna, to mianowicie ich emocjonalna bezgraniczność, uniwersum szczęścia, zachłyśnięcia nim, jego ekstatyczna pełnia jednak zabarwiona równocześnie jakby głębokim ciężkim smutkiem, nieokreśloną utratą i filozoficznym znojem niesprawiedliwego przemijania-wszystkie te bipolarne namiętności spojone, upakowane w jednym krótkim cyklu pracy wyzwolonej migawki zastygły przechowując energię tej sceny na wieczność. Dzieje się tak, ponieważ każdy wrażliwy fotograf na swych zdjęciach ukazuje nie tylko widzialny obraz, ale także siebie, ukazuje wewnętrzne wybory a nawet własne celowe postawy.

Wspomnienia zawodzą, ale jest fotografia. Wśród wielu tych, którzy powzięli z jakiś romantycznych pobudek wysiłek posługiwania się nią do utrwalania śladów po tych wspomnieniach, których dorobek, wkład należy docenić i zapoznać zaliczam także Foreckiego, skromnego acz cierpliwego i uważnego obserwatora naszego szczodrego, wspólnego świata, w którym każdy jego ułamek, najmniejszy wcześniej niezapoznany fragment pomieszczony w zdjęciowym kadrze może poszerzyć, pogłębić naszą zadumę i zachwyt nad nim oraz życiem, które jest najciekawszym, co nas spotka.

Od dawna twierdzę, że podział zdjęć na „złe” i „dobre” jest naturalnie sztuczny i niewystarczający. Dla mnie liczą się tylko te fotografie, które można wykonać, warto, należy albo po prostu trzeba pokazać lub zobaczyć. W tym przypadku rzecz jest prosta, jak promień światła wpadający z kosmicznej pra-oddali do mikro-otchłani soczewki zanim się w niej rozproszy i skrzywi: na pewno warto  to zrobić, należy to zobaczyć, przyswoić, przemyśleć tę ciekawą poza mainstrimowo-koniunkturalną propozycję o mimo wszystko pozytywnym przesłaniu. Nie ulega wątpliwości, że choć mimo kilku momentów „nierównych”, „pośpiesznych”, książka, którą trzymacie w rękach zasługuje na wielki dar życzliwej pamięci, na pogłębioną refleksję, analizę wymuszającą złożoną wewnętrzną argumentację-najważniejsze jest tu dla mnie myślenie, rozumienie, dociekanie, intelektualne zaangażowanie, przerzuty na samodzielny grunt prywatnych przemyśleń, nie zaś narzędzia, środki techniczne, „formalia”.

Pora kończyć, gdy zaczynam bać się własnego tekstu i męczyć nim z natłoku niezaspokajalnych, mnożących się wniosków i obserwacji, dlatego przejdę natychmiast do zakończenia z drobnym podsumowaniem.

To nie jest komentarz polityczny, lecz prosta recenzja książki, bardzo udanej i wartościowej rodzimej publikacji, która przybliża  ciekawy punkt widzenia na sprawy mniej „medialne”, poboczne, jednak -niejako przypadkiem- bardzo aktualnie odnoszące się w moim odczuciu do kwestii rang wyższych, przedwiecznego dualnego uniwersum nieustającej ludzkiej konfrontacji, barbarzyństwa i wzniosłości, istoty zła i obrony przed nim, jednak paradoksalnie z użyciem jego środków. Ta natura drzemie w nas, ale czasem nagle ożywa i gwałtownie się budzi, co „na żywo” ujawnia pstrokata, żwawa współczesność na żywo ukazywana przez serwisy telewizyjnych aktualności, obserwowalna z bliska i odległa zagranica.

Współczesne media meandrują w teraźniejszości, swej wyrodnej karmicielce, płynąc z jej wartkim, nieobliczalnym nurtem, bez oporu, dziko: liczy się tylko „tu i teraz-gorący temat”, wczorajsza przeszłość szybko staję się dla nich zaledwie ciekawostką, informacyjną skamieliną. W tym przypadku jest inaczej: czas nie jest tutaj bohaterem, przeciwnie: pozostaje niejako w spoczynku, zawieszeniu-to według mnie wielki asumpt fotografii poza „niusowej”, która nie „zarzyna” tak subtelności najprostszej chwili – jest, jak wolno osadzająca się patyna, tym szlachetniejsza, im starsza-tak właśnie rozumiem fotograficzną pamięć i jej ciągłość. Gdy już przetłumaczymy sobie ten nieznany, niewidziany obcy świat ze zdjęć Foreckiego, możemy odtąd próbować go sobie przybliżyć, z użyciem wyobraźni wzbogacić nasz własny. Jak widzę, z czym nie trzeba ale trudno się nie zgodzić, Mariuszowi się to nieźle udało.

Diafragmy Zefiry Wrazicki

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *


*

aktualności
Najnowsze komentarze